Chciała posprzątać jeszcze w namiocie... Miła dziewczyna. Większość tych, które są wykupywane od innych cyrków z powodu talentu, jest leniwa. Ona jest inna, zdecydowanie.
- Nie musisz sprzątać, jednak muszę cię prosić, abyś teraz odeszła - stwierdziłam poważnie, lecz ze sztucznym uśmiechem na twarzy, jednak dziewczyna już wyszła. No cóż, nie będę za nią biegła. Zostaje mi przypilnować tego idioty, żeby nie próbował się znów gdzieś wymknąć. Znając jego, zrobiłby to. Moonlight naprawdę się napracowała. Zwykle osoby na moim stanowisku są wredne i niesprawiedliwe wobec pozostałych, ale jakoś ja taka nie jestem. To też powód, dla którego wykupiłam tą czarnowłosą dziewczynę, marnowała się tam i tyle. Zdjęłam maskę mojego brata z jego twarzy, a następnie podałam jedzenie.
- Jedz, na pewno jesteś głodny - uznałam. A niech tylko spróbuje mi nie jeść. Bycie odmieńcem nie oznacza, że nie musimy wykonywać tak podstawowych czynności. Wprawdzie mamy to szczęście, że nie zatrujemy się niczym. No chyba, iż ktoś stworzy specjalną truciznę na takich, jak my. Przytaknął tylko i zaczął jeść, a ja zrobiłam to samo. Jedliśmy tak w ciszy. Mój brat co chwilę patrzył nerwowo na wejście do tego namiotu. Chyba wiem, co chodzi mu po głowie.
- Nie myśl, że dam Ci stąd wyjść. Zostaje ty z tobą na noc - powiedziałam bez zbędnych dopowiedzeń. Wiem, że lubi pomagać, ale musi czasem zadbać o siebie. Pierrot cicho zaśmiał się.
- Naprawdę znasz mnie aż za dobrze - stwierdził krótko. Niby to powiedział, jednak pewnie myśli coś zupełnie innego. Odstawiłam talerz na stół.
- Co sądzisz o nowej dziewczynie, odkupionej od innych? - zadałam pytanie patrząc prosto w jego hipnotyzujące, złote oczy. Jestem ciekawa, co powie. Mój brat pozostał chwilę w milczeniu. Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie.
- Jest odkupiona? - zapytał, mimo zaskoczenia, jak zawsze spokojnym głosem.
- Tak, nie słuchałeś, kiedy rozmawiałam o tym z naszym rodzeństwem, prawda? I pewnie nie wiesz też, że nawet Ojciec wyraził na to zgodę, prawda? - spytałam się go ze szczerym śmiechem. No tak, współprowadzący nie ma pojęcia o niczym, co się w okół niego dzieje. Wyglądał na lekko zmieszanego, jednak po chwili ponownie uśmiechnął się.
- Tak...Musiałem się zamyślić - odpowiedział najwidoczniej mając zamiar przyznać się do błędu.
- Nie zamyślić tylko po prostu ciągle nie słuchasz, gdy chodzi o coś ważnego! - podniosłam lekko głos, jednak wciąż z rozbawieniem.
- Słucham cię, nawet częściej niż innych. Po prostu czasem mogę się "wyłączyć"... -odpowiedział aby choć trochę się usprawiedliwić. Zaśmiałam się i położyłam mu głowę na ramieniu. Jestem czasem znudzona tym wszystkim lub raczej zmęczona. Momentalnie odniosłam się z krzesła, gdy na zewnątrz usłyszałam hałasy. Nakazałam Pierrot'owi zostać w... Można to nazwać pomieszczeniem? Tak czy inaczej, wybiegłam stamtąd. Zobaczyłam kilku cyrkowców, szarpiących się z *Shinrą, naszym prywatnym lekarzem. Rozdzieliłam ich. Mężczyzna może i jest uzdolniony, jeśli chodzi o leczenie, ale gdy chodzi o walkę, nastają pewne komplikacje.
- Co wy robicie? - zapytałam mierząc ich moim morderczym spojrzeniem.
- Wszedł na teren cyrku o tak późnej porze... - tłumaczył cicho jeden z nich. No nie mogę...
- Ma tu wstęp, jest lekarzem - wytłumaczyłam im sytuację. Słyszałam od nich tylko pomruki w stylu "To naprawdę jest lekarz?" i tym podobne. Mężczyzna przytulił mnie, krzycząc, iż uratowałam mu życie. W sumie im się nie dziwię. Zwykle po jego zachowaniach, trudno określić jego zawód. Złapałam Shinrę za rękę i zaprowadziłam do namiotu, gdzie (na szczęście) wciąż był Pierrot. Czekałam, aż któryś z nich coś zrobi.
Zakończenie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz