niedziela, 19 kwietnia 2015

Od Moonlight

Więc, ona mnie wykupiła? To… miłe. Mam wyrzuty sumienia. Pierrot chyba jest chory, a ja zamiast poradzić sobie sama naraziłam go na jeszcze większe osłabienie. Muszę nad sobą popracować. Reptile, jest chyba miłą osobą, ma ładny donośny głos, będzie często krzyczeć na mnie. Mam to przeczucie. Wracając muszę coś ze sobą zrobić, najlepiej by było gdybym mogła się na coś zdać. Słyszałam, że można tu gotować, a raczej trzeba. Mam umiejętności kulinarne. Mogę też posprzątać, namiot po ostatnim występie chyba, że ktoś mnie już uprzedził. Mogę robić co kol wiek, chce się na coś przydać. Nie powiem tego głośno.
-Czy mogłam bym w czymś pomóc?- Zapytałam cicho, ale słyszalnie. Dzieliłam każdy wyraz, dość długą przerwą. Reptile uśmiechnęła się ponownie, teraz wyraźnie było czuć od niej sztuczność. Chodzi o uśmiech, jest wspaniałym kłamcą jeśli chodzi o mimikę twarzy. Niestety, lata w cyrku nauczyły mnie rozpoznawanie, uczuć poprzez mimikę twarzy. Reptile nawet mnie na początku oszukała.
-A w czym byś chciała pomóc?- Powiedziała Reptile. Powiem na razie, że mogę coś ugotować… to będzie dobre wyjście, jeśli mi nie pozwoli spytam się o coś innego. Wiedziałam, że będę musiała się odzywać ale, nie myślałam, że będę musiał mówić aż tak dużo.
-M…mogę, coś ugotować…- Powiedziałam po chwili wahania. Uh…
-Dobrze, może najpierw spróbuj ugotować coś dla mnie… i Pierrota… wiesz, ja muszę być przy nim, żeby znów gdzie śnie poszedł. – Powiedziała, z wahaniem. Wiem, że mi nie ufa. Nic na to nie poradzę. Reptile zaprowadziła, mnie do ogromnej kuchni. Nie było tam jak w, kuchni w restauracji, ale wnętrze mniej więcej to przypominało. Po kuchni kręciło się parę dziewczyn. Była to mała grupa, co chwila chichotały, rozmawiały o czymś. Nie, obchodzi na razie mnie to. Mszę pomyśleć, co przygotować. Mogę, coś prostego nie mam, wyjść na lizusa, myślę też, że powinnam dać z siebie wszystko. Poszłam, na jedno ze stanowisk. Przygotuje prostą jajecznice, zupę z wołowiną i… pomarańczowy deser. Nie za proste, nie za trudne. Dam radę w… piętnaście minut? Dwadzieścia. Zabrałam się do pracy. Założyłam fartuch, ściągnęłam do tyłu włosy i zabrałam się za jajecznice, włączyłam kuchenkę, rozgrzałam patelnie, w tym samym czasie, stawiając rondel, do połowy napełniony wodą na palniku. Na moje szczęście warzywa były już gotowe teraz wystarczy je umyć pokroić i wrzucić do wody. Polałam na patelnie trochę oleju. Wybiłam na dwa, jajka. Przyjemnie zaskwierczało, Nie dam rady ugotować wołowiny… zresztą gdzie ja to znajdę nie pomyślałam… Zrobię samą zupę. Wlałam do kolejnego rondla wodę i postawiłam na trochę większym palniku. Po zagotowaniu wody wrzuciłam do jednego rondla makaron a do drugiego pokrojone warzywa. Do rondla z warzywami dolałam trochę oleju i sosu sojowego. Przykryłam oba garnki pokrywkami. Co się działo z jajecznicą? W tym samym czasie dodałam do niej soli, i troszkę pokrojonego bardzo drobno pora. Jajecznice wyłożyłam na dwa talerze które znalazłam po chwili przeszukując szafki. Wyjęłam też dwa pucharki, chyba do lodów. Były strasznie zakurzone. Widać, że dawno nie używane. Wytarłam je dokładnie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zajrzałam do szafki. Śmietana! Nie możliwe… Wzięłam do ręki butelkę. Otworzy łam i, upiłam się jej wonią. Tak, jeszcze świeża. Wlałam zawartość butelki do miski, którą wcześniej dokładnie wytarłam, Wyjęłam z kieszeni dwie pomarańczę. Jedną przekroiłam, drugą obrałam ze skóry. Do śmietany dodałam, żelatynę którą wcześniej przygotowałam, trochę soku pomarańczowego i zaczęłam ubijać. Po chwili wlałam ubitą śmietanę, miała piękną żółtawą barwę. Po chwili powinno zamienić się w piankę. Starłam skórkę, którą posypałam na piankę, i starłam czekoladę, którą również ozdobiłam deser. Rozpuściłam cukier, i polałam potrawę. Teraz tylko, ten makaron… Oddzieliłam, wodę od makaronu, makaron włożyłam po równo do dwóch misek. Zalałam zawartością drugiego rondla. Jeszcze sztućce, Wszystko ułożyłam na tacę, posprzątałam stanowisko, umyłam naczynia i poszłam zanieść tace. Gotowałam 35 minut… ech. Dotarłszy do celu weszłam do namiotu, postawiłam tace na stolę. Pierrot, nadal był w swojej masce. Reptile siedziała na krześle. Spojrzała, na potrawy i uśmiechnęła się do mnie.
-Dobra robota- Pochwaliła mnie. Uśmiechając się… szczerze, chyba… nie jestem w stanie określić.
-Dziękuje- Powiedziałam cicho.
-Dziękuje, ci panienko za twą prace.- Usłyszałam piękny głos Pierrota.
-Dziękuje- powtórzyłam cicho- Pójdę posprzątać namiot po występie- Powiedziałam, chyba dzień wcześniej było tu jakieś przedstawienie? Odwróciłam się na pięcie i poszłam do największego namiotu.

Pierrot? Reptile?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz